
W szczęściu i trudzie
1 października, 2024
Świętych obcowanie _
1 listopada, 2024
W szczęściu i trudzie
1 października, 2024
Świętych obcowanie _
1 listopada, 2024
Wybrać Drogę
Czy zdajesz sobie sprawę, że choć mamy białe habity to
nie jesteśmy aniołami, tylko ludźmi?

Kiedy kilkanaście lat temu zostałam poproszona przez ówczesną redaktorkę “Okruszyny” o napisanie świadectwa powołania, opisałam swoją drogę od wczesnego dzieciństwa do klasztoru. W tym tekście oprócz konkretnych wydarzeń, które doprowadziły mnie do decyzji o wstąpieniu do Zgromadzenia, podałam także motywy, które mnie do tego skłoniły. Były one bardzo zwyczajne - płynąca z miłości chęć służenia Panu Bogu i drugiemu człowiekowi, zachwyt życiem zakonnym i głębokie przekonanie, że to ma być droga mojego życia. Ktoś kiedyś powiedział, że dla innych powodów do zakonu się wstępuje, a dla innych się zostaje - to jest prawda. Z tych pierwotnych motywacji po 16 latach niewiele zostało - miłość mam nadzieję jest dalej, ale z chęcią służenia widzę, że bywa różnie - jak to z chęciami, raz jest a raz jej nie ma. Życie zakonne, choć nadal mnie zachwyca to w praktyce bywa trudne i sam zachwyt już mi nie wystarcza a czasami, gdy rzeczywistość mocno odstaje od ideału, bywa frustrujący. Przekonanie, że to ma być moja droga nie zniknęło, ale uległo przekształceniu. Co wpłynęło na te zmiany?
Ostatnio wiele można usłyszeć o nadużyciach w życiu zakonnym, o sytuacjach, które nie powinny się wydarzać. Muszę tutaj zaznaczyć, że nie sama bezpośrednio nie spotkałam się z tym, co jest zawarte w obecnej narracji obecnej w mediach. Nie znaczy to jednak, że zawsze jest kolorowo. Matka Julia, która przyjmowała mnie do naszej wspólnoty zadała mi na rozmowie jedno pytanie - i to jest jedyna rzecz, którą pamiętam z tego spotkania. Z całą powagą, uważnie spojrzawszy na mnie znad okularów, powiedziała: Czy zdajesz sobie sprawę, że choć mamy białe habity to nie jesteśmy aniołami, tylko ludźmi? I tym pytaniem trafiła w sedno.
Tak, jesteśmy ludźmi. To właśnie ten ludzki czynnik miał największy wpływ na to, że od 16 lat Pan Bóg każdego dnia oczyszcza moje motywacje, pokazując co tak naprawdę jest w moim sercu. Dzięki temu czynnikowi też najszybciej mogę wzrastać i dojrzewać. Choć momentami są to wielkie bóle rodzenia, to z całym przekonaniem dziś mówię, że warto. Najpierw wymienię listę (oczywiście niekompletną) tego, co pozwala mocno doświadczyć mi, że będąc dominikanką żyję w przedsionku nieba a nie w niebie. Zaznaczę tutaj, że sama jestem źródłem podobnych doświadczeń dla innych sióstr - tutaj nie ma wyjątków, wobec swoich słabości jesteśmy wszystkie momentami podobnie bezradne.
Tak, jesteśmy ludźmi. To właśnie ten ludzki czynnik miał największy wpływ na to, że od 16 lat Pan Bóg każdego dnia oczyszcza moje motywacje, pokazując co tak naprawdę jest w moim sercu. Dzięki temu czynnikowi też najszybciej mogę wzrastać i dojrzewać.
Choć momentami są to wielkie bóle rodzenia, to z całym przekonaniem dziś mówię, że warto. Najpierw wymienię listę (oczywiście niekompletną) tego, co pozwala mocno doświadczyć mi, że będąc dominikanką żyję w przedsionku nieba a nie w niebie. Zaznaczę tutaj, że sama jestem źródłem podobnych doświadczeń dla innych sióstr - tutaj nie ma wyjątków, wobec swoich słabości jesteśmy wszystkie momentami podobnie bezradne.
Mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że fakt istnienia wspólnot zakonnych w Kościele jest
niezbitym dowodem na istnienie Pana Boga i tego, że Pan Bóg działa przez ludzi.

Myślę, że teraz jest dobry moment, by powiedzieć prawdę - jestem bardzo szczęśliwa z tego, że jestem dominikanką.
Myślę, że byłabym dobrą żoną i matką - odnalazłabym się także jako singielką. Nie wyobrażam sobie jednak, bym w innym miejscu mogła być równie szczęśliwa. O ile wstępując do Zgromadzenia byłam przekonana, że to ma być moja droga, to teraz mogę powiedzieć - już po zdjęciu różowych okularów idealistki - tutaj jest moje miejsce, moja rodzina i mój dom. Święty Paweł pisał do Koryntian, że nie on sam działa, ale łaska Boża z nim. W moim życiu od 16 lat Pan Bóg pokazuje mi, że Jego łaska pozwala przekształcać wyżej wymienione trudności i wykorzystywać jest do wrastania w wymiarze ludzkim i duchowym.
1. Ludzie są omylni. Jest to denerwujące, zwłaszcza wtedy, gdy zgodnie ze ślubowanym posłuszeństwem ponoszę konsekwencje tej omylności - zarówno swojej jak i innych. Posłuszeństwo zakłada, że mam nie słuchać przełożonych i wspólnoty tylko w jednych okolicznościach - gdy decyzja przełożonych lub wspólnoty jest niezgodna z moralnością (nie przypominam sobie, bym stanęła przed takim dylematem). Jeżeli nie ma moralnych przeciwwskazań to słucham.
Oczywiście posłuszeństwo zakłada dialog - i tutaj jest dla mnie duże pole do wzrostu. To dobra szkoła negocjacji, uważności, argumentowania, ale też stawiania granic i ich utrzymywania. To szkoła tego, że jeżeli ktoś cię nie usłyszał, to prawdopodobnie nie dlatego, że jest złośliwy, tylko prawdopodobnie za cicho mówisz albo robisz to w niezrozumiałym języku. To szkoła uważnego słuchania - zwłaszcza wtedy, gdy ktoś zwraca tobie uwagę na błędy w podejmowanych przez ciebie decyzjach czy działaniach.
Jest to też piękna szkoła wiary i ufności - zdarzały mi się sytuacje, gdy dostawałam polecenia zgodne z moralnością, ale sprzeczne z logiką i zdrowym rozsądkiem. Zdarzało mi się też takie polecenia wydawać - zawsze w niezbitym, choć bardzo mylnym przekonaniu, że logika i rozsądek są po mojej stronie. Patrząc na swoje i innych doświadczenie mogę jednak powiedzieć, że jeżeli pomimo dialogu taka decyzja została utrzymana, to gdy wchodzi się w nią z wiarą w moc konsekracji i ślubów zakonnych to Pan Bóg w perspektywie czasu wyprowadza z takich trudnych sytuacji wiele, wiele dobra.
2. W hymnie na uroczystość poświęcenia kościoła słyszymy słowa “Mistrz wygładza każdy kamień uderzeniem ciosów spala go z innymi w jedność wznoszonej świątyni”. Ponieważ każda z nas jest inna, to tą różnorodnością ciosamy się wzajemnie.
Każdego dnia coraz bardziej uczę się, że jedność to nie jednorodność. Mamy się różnić, bo taki jest zamysł Boży. Z jednej strony mamy ociosywać to, co się da, a z drugiej przyjmować się wzajemnie w tym, co wymaga w ociosywaniu więcej czasu albo jest nie do ociosania. Warunki, by to było sensowne są dwa - codzienne podejmowanie przez wszystkich członków wspólnoty pracy nad sobą oraz pamiętanie o tym, co wyznajemy prosząc wspólnotę o łaskę złożenia ślubów - o miłosierdzie Boże i Wasze (czyli moich sióstr). Staram się o tym pamiętać, jak również o tym, że dużo w naszych relacjach porządkuje proste pytanie o to, czy się dobrze rozumiemy. Wszak patrząc na tego samego słonia z przodu i z tyłu widać dwie różne rzeczy.
3. Życie zakonne ma wskazywać Ludowi Bożemu, że nasza ojczyzna jest w Niebie. Problem pojawia się, gdy zaczynamy odklejać się od rzeczywistości i żyć na wyżynach duchowości już teraz.
Wówczas tak trywialne rzeczy jak umycie po sobie kubka, włączenie się we wspólne prace wokół domu czy zauważenie zwykłych, codziennych potrzeb moich współsióstr nie licuje z tym chodzącym aniołem, za którego się uważam.
Maksyma, którą warto sobie wziąć do serca, brzmi: Im bardziej coś jest ludzkie, tym bardziej jest zakonne. Wszak dokumenty Kościoła mówią, że życie zakonne sięga korzeniami w konsekrację chrzcielną i pełniej ją wyraża. Mamy naśladować Chrystusa także w tym, że zanim umarł i zmartwychwstał to chodził po świecie i uczył nas jednego - co to znaczy naprawdę być człowiekiem. Za to, że dzięki moim siostrom, które sprowadzają mnie na ziemię gdy odlatuję i które sprawiają, że w ich “anielskim” otoczeniu mogę bardziej doceniać i doskonalić swoje człowieczeństwo - Bogu niech będą dzięki!
4. Mam siostry, które bardzo lubię. Mam też takie, z którymi kontakt ograniczam do minimum. Co więcej - mam siostry, które mnie lubią i te, które są rozdrażnione samym faktem, że pojawiam się w ich okolicy.
To nie jest ważne - najważniejsze, że faktycznie, gdy coś się dzieje - pojawia się niebezpieczeństwo i członek stada jest zagrożony - nasze sympatie i antypatie nie mają znaczenia. Pomagamy sobie i jesteśmy dla siebie wsparciem, bo - cytując klasyka - “tak się robi w stadzie”. Wielokrotnie doświadczyłam tego, że gdy już nie miałam siły iść, to moje siostry mnie poniosły - nawet jeżeli to niesienie oznaczało konieczność chwilowego zapomnienia o tym, że z niektórymi naprawdę za sobą nie przepadamy albo wzięcia na siebie ciężkiego krzyża moich słabości i wad. Mam nadzieję, że są też takie siostry, które mogą powiedzieć o mnie, że byłam/jestem dla nich właśnie takim wsparciem.
5. Życie wspólne obnaża mój i innych egoizm. Pokazuje, że ciężko czasem zrezygnować z siebie, by być bardziej dla innych - nawet jeżeli po sprawiedliwości innym to się należy. To są momenty przypomnienia, że jesteśmy jeszcze w drodze, że się doskonalimy.
W takich chwilach następuje błyskawiczna weryfikacja deklaracji składanej w ślubie ubóstwa - wszystko Panie Ci oddaję…
I najbardziej boli to wszystko, które jest takie drobne i niepozorne - obejrzenie nudnego w mojej ocenie filmu, zjedzenie akurat takiej pizzy za jaką nie przepadam czy pójście ze współsiostrą na nabożeństwo, którego osobiście nie lubię - tylko z tego względu na to by być razem i we wzajemnej akceptacji dobrych różnic, umacniać naszą wspólnotę - by choć trochę zrealizować maksymę jednej z naszych sióstr, która zmarła w opinii świętości - “żyć tak, by innym było ze mną dobrze a mnie z innymi jakkolwiek”.
Za to, że dzięki moim siostrom mogę widzieć rozmiary mojego egoizmu i nad nim pracować - Bogu dzięki.
6. Mieszkanie pod jednym dachem z 40 kobietami (w takiej wspólnocie teraz żyję), z którymi w dużej części poza klasztorem nie nawiazałabym z własnej chęci bliższej relacji i z których każda ma swoją rację, swoje przyzwyczajenia, swoje wady i zalety nie jest proste. Więcej - śmiem twierdzić, że bez łaski Bożej - niemożliwe.
Jestem jednak Panu Bogu ogromnie wdzięczna za to, że powołał mnie do naszego Zgromadzenia. Tak, doświadczam tutaj trudnych, momentami niezrozumiałych sytuacji. Tak, czasem mam dość. Zdecydowanie jednak bardziej doświadczam Jego czułej miłości, którą okazuje mi przez zwykłe pytanie, które słyszę kilka razy dziennie z różnych ust - jak się masz? - czy którą smakuję w kubku zrobionej przez współsiostrę kawy, pobudzającej przy dużym zmęczeniu. Wspólnota daje mi przestrzeń do tego, bym każdego dnia znajdowała się w sytuacji, w której mogę powiedzieć, że w czymś umieram - z czegoś rezygnuję w imię miłości Boga dla dobra drugiego człowieka. W taki sposób codziennie dokonuje się to, co jest najpiękniejsze - czyli moje wejście w Paschę Jezusa.
To jednoczenie się z Nim w codziennym, drobnym umieraniu staje się dla mnie źródłem życia. To zaproszenie by być na wzór Jego - ukrytego w Eucharystii i dostępnego dla wszystkich i w każdym czasie - choć po ludzku wyczerpujące, jest codziennie na nowo odkrywanym źródłem radości - za każdym razem gdy zdecyduję się w to wejść. To codzienne doświadczenie tego, że Jego Miłość jest ponad wszystko i że On pokochał mnie najpierw - bez mojej zasługi czy starania. To uczenie się budowania relacji z Nim od tych, z którymi żyję każdego dnia. To doświadczanie w tym przedsionku Nieba tego, co mam nadzieję będzie naszym udziałem w wieczności - radości wspólnego chwalenia Boga i życia w Nim. Tego, że poza Nim naprawdę nic więcej nie trzeba.
Życie zakonne nie jest proste i bezbolesne. To konkretny trud, który podejmuję każdego dnia. I choć bywają lepsze i gorsze chwile to przez te 16 lat nigdy nie żałowałam, że 13 czerwca 2008 r. poprosiłam Matkę Julię o przyjęcie mnie do naszego Zgromadzenia - Zgromadzenia ludzi, nie aniołów.
To jest istota powołania do życia zakonnego - i z tego powodu to, że mogę być dominikanką i że przez to mam możliwość niesienia Jego Miłości jest dla mnie wielkim i niezasłużonym szczęściem.







