
Dziełem sprawiedliwości będzie pokój
7 września, 2025
Cierpienie
1 października, 2025
Dziełem sprawiedliwości będzie pokój
7 września, 2025
Cierpienie
1 października, 2025Misja Zgromadzenia
„Jak to się stało?”

s. Stefania OP

Zauważam w ich oczach błysk fascynacji, niedowierzanie, zwykłą ciekawość albo pragnienia, w których jeszcze się nie przyznali światu, a może i sobie samym. Wciąż mnie to pytanie zaskakuje, a przecież w pewnym momencie rozmowy staje się niemal oczywiste. Zabawne, że z biegiem czasu potrzebuję coraz dłuższej chwili na zastanowienie. „Jak to się stało, że Siostra została zakonnicą?”
Wówczas wydaje mi się, że najprawdziwiej byłoby z niezręcznym szerokim uśmiechem odpowiedzieć: „Nie wiem. Naprawdę”. Czyżbym chciała zagadkowo unikać opowieści o powołaniu, wiedząc dobrze, że każdy język jest za ciasny na opisywanie tajemnicy Jego działań i planów? Albo może zapomniałam, jak czułe i cierpliwe było Jego prowadzenie? Niewątpliwie, w momencie rozeznawania drogi byłam bardziej wyczulona na „znaki zewnętrzne” - wydarzenia sczytywane były jako przypadki nieprzypadkowe, jako odpowiedzi na moje pytania, obawy i pragnienia. Właśnie, pragnienia – to one stały się tak bardzo osobistym językiem do porozumiewania się z Bogiem. Wzbudzał tęsknotę, wskazywał gdzie szukać zaspokojenia, aż ostatecznie doprowadził do domu, pod dachem którego również Sam zamieszkuje – do klasztoru. A więc: „jak to właściwie się stało?”
Nie kojarzę w życiu momentu, żebym definitywnie stwierdziła, że Bóg nie istnieje. Wychowana w wierzącej rodzinie, od dziecka lubiąca się zastanawiać nad pochodzeniem i naznaczeniem rzeczy w świecie, miałam za naturalną rzecz fakt, że nad tym wszystkim Ktoś czuwa. Natomiast dobrze pamiętam dobry kawał życia, kiedy byłam przekonana, że Bóg jest potrzebny innym, ale nie mnie. Wiara wszystko utrudniała. Wiara wymagała jednoznacznych wyborów, Kościół – co gorzej – wiązał się z kolejnymi zobowiązaniami. Nie chciałam ograniczeń, nie chciałam wybierać. Nie chciałam przeżywania ciągłego poczucia winy, że łamię kolejne nakazane prawo. Łatwiej było zerwać relację z Bogiem i Kościołem, niż konsekwentnie budować. Stwierdziłam, że sama sobie poradzę (spoiler: nic bez Niego nie wyszło, i chwała Mu za to).
Mój sposób życia był podobny do głośnej imprezy, która za każdym razem kończyła się poczuciem pustki. Jaskrawe i płytkie. Korowód z ludzi i doświadczanie samotności. Czułam, że ślizgam się po powierzchni, żyję bez celu i kierunku, tracę siebie. Byłam jeszcze nastolatką (podobno odpowiedni czas na to, żeby się wyszalać), a jednak dobrze widziałam, że wiernie toczę się w stronę przepaści. Bałam się to naprawić, bo wymagało to kardynalnych, kosztownych zmian. Wymagało najgłębszego „przepraszam” – dla Boga, dla najbliższych, którym sprawiałam niemało przykrości, i – czego przez długi czas nie wiedziałam – dla siebie samej.
Jak dobrze, że Pan Bóg nie należy do obrażalskich. Nadal subtelnie się troszczył, otaczając mnie dobrymi, powiedziałabym nawet: właściwymi ludźmi. Właśnie również za wstawiennictwem i umiejętnością przekonywania kilku z nich udało mi się pojechać na ŚDM do Krakowa w 2016 roku. Jechałam, co prawda, za wrażeniami: zobaczyć inny kraj (pochodzę z Białorusi), spotkać się z Papieżem (sensacja!), wesoło spędzić czas ze wspaniałą ekipą. Nie wiedziałam jeszcze, że Bóg ma inne plany na to wydarzenie. Gdy weszliśmy na Błonie wraz z tysiącami ludzi ze wszystkich stron świata, rozejrzałam się i zobaczyłam otaczające nas grupy zakonników. Śmiali się, tańczyli, śpiewali, machali innym grupom. Mieli w sobie jakąś niezwykłą radość, jakby była nie stąd, radość jeszcze mi nie znaną. Taką, której głęboko pragnęłam, ale której szukałam w miejscach i rzeczach zupełnie niewłaściwych. Ich widok obudził pragnienie poszukiwania źródła. Przeszła iskra: „a co jeśli ta droga?” Myśl szybko została zgaszona – oczywiste przecież, że do tego życia totalnie się nie nadaję. Ktokolwiek, ale nie ja. Jednak po tym wydarzeniu wiedziałam, że zadziało się coś naprawdę poważnego. Zostało zasiane ziarno, którego już nigdy nie odważyłam się wykorzenić. Powołanie.
Nie zmieniłam stylu życia tuż po przyjeździe, nie od razu powróciłam do Kościoła, pytań do Boga pojawiło się znacznie więcej, niż było dotąd. „Jak to się stało?” Cały proces wzrastania ziarenka nie był cudowną natychmiastową przemianą, ile raczej długą kuracją, uzdrawianiem serca, powrotem do domu. Był czasem na przebaczanie i zawstydzoną modlitwę: „Boże, tylko kochaj mnie nadal”.
Później udało mi się trafić na warsztaty muzyczne, organizowane przez ojców franciszkanów. Wśród tłumów artystów, prowadzących spotkanie osób, uczestników i braci-gospodarzy zauważyłam przechodzącego obok jedynego brata w białym habicie. Stałam i zachwycono na niego patrzyłam (uwaga autora: nie na brata, na habit, habit!). Biel i prostota. Głęboko odezwała się tęsknota za jednoznacznością, prawdą, czystością, z którymi ten habit mi się skojarzył. Poznaliśmy się z bratem, okazało się – dominikanin. Zapytałam się go tylko, czy są siostry w takich samych habitach. Powiedział: „tak”. Odparłam: „przyjdę”. No i jestem. Wiecie, słowa trzeba dotrzymywać.
„Jak to się stało?” Za bardzo nie wiem. W odpowiednim momencie rodziły się potrzebne słowa, pojawiali się „ci sami” ludzie, znajdowała się odwaga, której nie nadawałam sobie sama. Przychodzi mi na myśl jedno słowo: łaska. I chyba jest to najwłaściwsza odpowiedź. Łaska. Nie zasłużona, nie zdobyta, nie wytworzona przez siebie. Po prostu powierzona nieobjęta łaska, do której wciąż nie dorastam, ale którą tak bardzo cenię. To jej szukam, za nią tęsknie i nią się raduję. I co najbardziej cudowne: ona sprawia, że to wszystko nadal się staje. Dzięki niej wszystkie owe spotkania, przeżycia, wydarzenia nie są jedynie kawałkami historii. Są moim „dziś”, żywym ciągiem relacji z Bogiem, który potrafił całkowicie sobą zauroczyć i porwać. Upolował mnie dla siebie. Niech tak będzie. Taki sobie Chrystus-Tygrys.


