
Pusty grób
28 marca, 2025
Widziałam!
29 marca, 2025
Pusty grób
28 marca, 2025
Widziałam!
29 marca, 2025Wybrać Drogę
Wróciłam do domu i zerwałam z chłopakiem

s. Petra OP
Jestem S. Petra, aktualnie mieszkam w Poznaniu, gdzie pracuję w przedszkolu i studiuję teologię. Ale jak to się w ogóle zaczęło, że „wylądowałam” w Poznaniu? Postaram się krótko to opowiedzieć. Może trochę dziwnie tak zaczynać, ale jeżeli mam mówić o historii swojego powołania, to w tym momencie chce mi się zacząć śpiewać: „miał być ślub i wesele też! Już zaprosiłam gości”...
Chwila, chwila, jednak aż tak daleko w swoich planach nie doszłam, jeszcze nie było żadnych gości! Ale faktycznie miałam wszystko ułożone i zaplanowane! Dopiero co skończyłam liceum, dostałam się na wymarzone studia, miałam cudownego chłopaka i daleko idące plany na przyszłość! Już w trakcie studiów, których jednak nie rozpoczęłam, planowałam wyjechać na pierwszą misję humanitarną z jedną z polskich organizacji, chciałam skończyć ratownictwo medyczne, potem zdecydowanie byłaby podyplomówka z pomocy humanitarnej – to było moje marzenie! Chciałam też całkiem sporą gromadkę dzieci, nie wiem, jakby wytrzymał to mój przyszły niedoszły mąż, ale wiedział o tym.
I oczywiście z tego super planu na życie nie wykluczałam Boga, chciałam mieć pobożną i dużą rodzinę, zdecydowanie formowalibyśmy się w jakieś wspólnocie, już nawet był plan w jakiej. Zresztą ja bardzo świadomie wybierałam kandydata na swojego męża, sama nie będąc jeszcze jakoś wybitnie blisko Pana. Szukałam chłopaka z wartościami, który umiałaby darzyć piękną miłością mnie i nasze dzieci. I tak było: był bardzo Boży, szczerze powiedziawszy to nawet aż za bardzo, jak na mój stan duchowy. To dzięki niemu stałam się żywą cząstką Kościoła, zbliżyłam się do Boga, dostrzegłam wartość Eucharystii (On uczestniczył w niej codziennie, nie mogłam być gorsza!) Dzięki niemu też zaczęłam sięgać po Pismo Święte, aby słuchać głosu Pana. Było idealnie!

Ale co poszło nie tak? Do tej pory się zastanawiam! Powołanie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba! Absolutnie się nie spodziewałam, nie było takiej przestrzeni w moim planie. Często spotykam się z księżmi czy siostrami, które od przedszkola już wiedziały, kim zostaną, ale nie tak było ze mną. Nie myślałam o tym od przedszkola, chociaż inni myśleli za mnie.
Większość osób z mojego otoczenia, jak zaczęłam się więcej modlić i chodzić codziennie na Mszę myślało, że skończę w zakonie, poza mną! Księża mówili, że drastycznie obniżyłam średnią wieku w Kościele (faktycznie o 6 rano niewiele było młodych osób w Kościele) i przy ołtarzu nastąpiło poruszenie. Podobno potem pojawiły się pytania o moje życiowe powołanie, ale na szczęście do mnie jeszcze nie dochodziły.
A ja nadal sobie marzyłam o małżeństwie, o rodzinie zżytej z Bogiem. Ale cóż, przyszedł taki moment, że za sprawą mojego chłopaka zostałam animatorką dla dzieci na rekolekcjach wakacyjnych Domowego Kościoła. Nota bene do tej pory sobie wyrzuca, że mnie tam wysłał. I to były najpobożniejsze dwa tygodnie mojego życia, czas, w którym realnie byłam oddana Bogu i Kościołowi.
Patrzyłam na rodziny, które zdecydowanie inaczej niż moja, stawiały Boga w centrum swojego życia; patrzyłam na rodziców, którzy byli dla swoich dzieci wzorem żywej relacji z Panem. Serce się radowało, to był żywy Kościół, a w takich warunkach myśl o małżeństwie mogłaby się spokojnie rozwijać.
Ale nie tak było… musiało być zupełnie pod prąd moim planom! Był taki jeden szczególny dzień, w którym wszyscy byli radośni – konkurs talentów, wielka impreza, a mi jakoś tak było smutno, trudne myśli pożerały moją zdolność do radości, nie mogąc więcej już wysiedzieć w tej cudownej atmosferze, ze łzami w oczach poszłam do kaplicy. Uklękłam przed tabernakulum i jakby w sercu rozbrzmiał wewnętrzny głos Boga: „chcę cię dla Siebie, chcę żebyś była Moją na wyłączność, chcę żebyś była szczęśliwa u Mego boku, Ja będę twoim jednym szczęściem”.
Teraz jak o tym myślę to dźwięczą mi u uszach słowa z Księgi Izajasza: „nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu, tyś mój”(Iz 43,1). Ta chwila w kaplicy za bardzo mi jednak nie pomogła, raczej rozwaliła mnie jeszcze bardziej, od tamtego momentu miałam już całkiem sensowny powód do płaczu, bo przecież zmarnuje sobie życie, zniszczę wszystkie plany... Było to dla mnie za dużo, niby Bóg chce mojego szczęścia, ale chce go zupełnie inaczej niż ja planowałam…
To była połowa lipca, dwa dni chodziłam „struta”, jeden z księży próbował mi pomóc, ale bardzo tego nie chciałam, raczej nie umiałam nikomu zaufać. Ja ufałam tylko swojej wizji życia! Ale ksiądz jednak wzbudził moje zaufanie i podzieliłam się swoimi rozterkami, a on poprowadził mnie w tym wszystkim. Potem już, powiedzmy, było z górki. Wróciłam do domu, zerwałam z chłopakiem, napisałam mail o tym, że chciałabym wstąpić do zakonu i powiedziałam o tym rodzince.

Reakcje były różne od cichych dni, przez płacz, po nieustającą kłótnie, ale jakoś w końcu się z tym wszyscy pogodzili. I tak to od momentu “poczucia” powołania do rozmowy z matką minęły jakieś dwa miesiące. Mówią, że szybko mi poszło. Apostołowie jednak mieli podobnie – na wołanie Jezusa, odpowiedzieli natychmiast zostawiając swoją wizję życia (por. Mt 4,18-22).
Jestem w Zgromadzeniu już szósty rok i choć bywały trudne okresy (nawet był moment, w którym byłam jedną nogą poza Zgromadzeniem), to odkryłam swoje miejsce na świecie, swoje miejsce w Kościele, swoje miejsce przy Bogu, odkryłam swoją tożsamość, która wyraża się w byciu oblubienicą Chrystusa! A Pan, który mnie wybrał, nieustannie utwierdza mnie w powołaniu i zaprasza do coraz intymniejszej relacji ze Sobą. Rozpala mnie przede wszystkim miłość do Słowa, nie potrafię bez Niego żyć. Pismo Święte, które kupiłam jeszcze przed klasztorem, gdziekolwiek bym się nie udawała, nawet na chwilkę, jest nieodłącznym wyposażeniem mojej torby. Choć czasem Słowo wydaje się być milczące, to jednak ufam, że to milczenie jest zbawiające. Jestem miłośniczką Słowa, jestem oblubienicą Słowa, jestem szczególną własnością Słowa – „Miły mój jest mój, a ja jestem Jego (Pnp 2,16)! Już nie planuje życia, raczej każdego dnia chcę rezygnować ze swojej wizji, staram się dać prowadzić Słowu.
Utożsamiam się ze słowami o. Łukasza Wiśniewskiego (prowincjała braci dominikanów), który na jednym z kazań powiedział, że „sercem kaznodziejstwa jest kontemplacja Słowa”. Źródłem i życiodajną mocą wszelkich wysiłków, które podejmuje jako siostra, jako dominikanka w przedszkolu, czy w parafii, czy nawet studiując, jest tylko Bóg, jest tylko Słowo, które „jest pochodnią dla stóp moich i światłem na mojej ścieżce (Ps 119,105). To właśnie Słowo utwierdza mnie każdego dnia w powołaniu, prowadzi w jego wypełnianiu. Słowo jest treścią mojego życia, jest uświęcającą, największą prawdą; prawdą, dla której warto żyć i zmieniać plany, jest prawdą o miłości, która nigdy nie odstąpi od mnie (por. Iz 54,10).


