W tym czasie byłam na świetlicy, gdzie dziewczyny przychodzą, żeby dobrze spędzić wolny czas. Czasem chodziło o to, żeby usiąść sobie na kanapie i pobyć słuchając muzyki; czasem chodziło o tworzenie kredkami całej zaczarowanej krainy na kartce papieru; czasem o łamanie sobie głowy przy puzzlowych układankach, a czasem o potrzymanie za rękę. Naszym wspólnym świetlicowym sukcesem było stworzenie żonkili na świąteczne dekoracje. Warto podkreślić w tym miejscu, że kompletnie nie radziłam sobie wcześniej z wszelkimi pracami plastycznymi, a w szkole plastyka była dla mnie jednym z mniej lubianych przedmiotów. Żonkile wyszły świetne, ale nie dlatego że były perfekcyjnie zrobione i każdy był identyczny. Chodziło o coś zupełnie innego. Zrobiłyśmy je razem, ciesząc się samym procesem tworzenia ich. Nie straszna nam była żółta farba, która brudziła ręce, ani klej, który nie zawsze udało się wycisnąć w odpowiedniej ilości. To chyba taki uśmiech Pana Boga do mnie.
Najbardziej jednak poruszył mnie Tomek, czyli jeden z nielicznych rodzynków w naszym domu, który nie mówi i nie chodzi sam. Dzisiaj być może współczesny świat machnął by na niego ręką, bo przecież co on może mi dać? Uśmiech! I to taki od ucha do ucha. Tomek ma najbardziej zarażający uśmiech na świecie! Wystarczyło przyjść, powiedzieć: “Hej Tomek!”, a uśmiech pojawiał się na jego buźce. Pokazał mi, że wystarczy być obecnym, by przynosić radość.