Nie zawsze jest łatwo. Bywają dni, kiedy mam wrażenie, że to, co najważniejsze, ginie w hałasie, rozproszeniu i zmęczeniu. Bywa, że nie widzę owoców. Bywa, że pytam samą siebie, czy to, co robię, ma sens. W takich momentach szczególnie mocno wybrzmiewa fakt, że nie wszyscy dostrzegają dziś wartość katechezy szkolnej. Coraz częściej pojawiają się głosy, że religia nie ma miejsca w szkole, że jest niepotrzebna, że powinna zniknąć z przestrzeni edukacji. Patrząc jednak z perspektywy codziennej pracy z dziećmi, widzę coś innego. Widzę, że szkoła jest jednym z niewielu miejsc, gdzie można dotrzeć także do tych dzieci, które nie mają wsparcia religijnego w domu, które nie chodzą regularnie do kościoła albo nie miały jeszcze okazji usłyszeć, że Bóg jest kimś bliskim. Katecheza w szkole daje szansę spotkania – często pierwszego, czasem jedynego – z Ewangelią przekazaną w sposób prosty i dostosowany do ich wieku.
Mimo tych wszystkich wyzwań katecheza jest dla mnie także źródłem ogromnej radości. Radości bardzo prostej i codziennej. Jest coś niezwykle pięknego w możliwości wprowadzania dzieci w świat wiary – świata, który dla wielu z nich jest jeszcze zupełnie nieznany. Radości z tego, że mogę opowiadać o Bogu, który nie straszy, ale zaprasza; który nie jest daleki, ale bliski; który interesuje się ich życiem, pytaniami i marzeniami. Cieszy mnie moment, gdy dziecko zaczyna rozumieć, że wiara nie jest zbiorem zasad, ale relacją. Gdy nagle zapala się w nim iskra zaciekawienia. Gdy pojawia się pytanie zadane z głębi serca, a nie „bo trzeba”. Radość przynosi mi także samo bycie z dziećmi – ich spontaniczność, poczucie humoru, zdolność do zachwytu. To one często przypominają mi, że Ewangelia jest prosta i że do Boga prowadzi droga zaufania, a nie skomplikowanych definicji.
Bycie katechetką to dla mnie przywilej uczestniczenia w bardzo ważnych momentach ich życia. W pierwszych rozmowach o modlitwie, w odkrywaniu sensu sakramentów, w uczeniu się nazywania dobra i zła. To radość, która nie zawsze jest głośna ani spektakularna, ale głęboka i cicha – taka, która zostaje na długo i daje siłę do dalszej drogi. Szczególną wartość widzę w katechezie jako przestrzeni przygotowania do sakramentów. Nie tylko w sensie przekazywania wiedzy, ale przede wszystkim w budowaniu fundamentu relacji. Dzieci przygotowujące się do Pierwszej Komunii Świętej czy Bierzmowania przychodzą z bardzo konkretnymi pytaniami: o dobro i zło, o przebaczenie, o obecność Jezusa w Eucharystii. Szkoła staje się wtedy miejscem, gdzie można te pytania spokojnie wypowiedzieć, oswoić i przeżyć. Katecheza pomaga dzieciom zrozumieć, że sakramenty nie są jedynie „wydarzeniem do zaliczenia”, ale zaproszeniem do drogi. Że spowiedź to nie lista grzechów, a Eucharystia nie jest nagrodą dla idealnych.
W posłudze katechetycznej bardzo mocno odnajduję dominikański charyzmat głoszenia Prawdy, która nie jest teorią, ale Osobą. To spojrzenie sprawia, że katecheza przestaje być jedynie przekazywaniem treści, a staje się cierpliwym towarzyszeniem w odkrywaniu sensu. Dominikańskie Veritas uczy mnie, że prawda potrzebuje czasu, dialogu i szacunku dla drogi drugiego człowieka – także dziecka, które dopiero uczy się nazywać swoje pytania, wątpliwości i doświadczenia. Szczególnie bliska jest mi wizja katechezy jako towarzyszenia w drodze. Nie chodzi o to, by doprowadzić dziecko do gotowych odpowiedzi, ale by iść obok, słuchać, zadawać pytania i pomagać odkrywać sens. To posługa wymagająca cierpliwości i zaufania, że owoce dojrzewają często długo po tym, jak kończy się szkolny rok. Nawet jeśli nie wszystkie dzieci zostaną w Kościele, nawet jeśli ich drogi potoczą się różnie – wierzę, że doświadczenie bycia wysłuchanym, potraktowanym serio i przyjętym z szacunkiem pozostanie w nich na długo.
Katecheza jest dla mnie również miejscem nadziei. Nadziei, że Bóg naprawdę działa w sercach dzieci. Cicho, delikatnie, często w sposób niewidoczny. Moją rolą jest być uważną, obecną i wierną. Resztę zostawiam Jemu. I właśnie dlatego, mimo trudności, wciąż chcę wracać do szkolnej klasy. Bo wierzę, że każde spotkanie ma znaczenie, a każda zasiana iskra dobra i wiary może kiedyś zapłonąć światłem, którego dziś jeszcze nie potrafimy sobie wyobrazić.